Milczący kaznodzieja. Brat Gwala Torbiński OP (1908–1999) - Elżbieta Wiater - ebook

Milczący kaznodzieja. Brat Gwala Torbiński OP (1908–1999) ebook

Elżbieta Wiater

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Brat Gwala: dominikanin, zakrystian, robotnik rolny, zecer, organista, bibliotekarz… Teraz rozpoczyna drogę na ołtarze. W lutym 2018 roku kapituła Polskiej Prowincji Dominikanów rozpoczęła przygotowania do procesów beatyfikacyjnych dwóch polskich dominikanów: Joachima Badeniego OP oraz br. Gwali Torbińskiego OP. W ramach wspomnianych przygotowań powstała biografia brata zatytułowana Milczący kaznodzieja. Brat Gwala Torbiński OP (1908–1999). Elżbieta Wiater, zafascynowana tą postacią, zebrała świadectwa dominikańskich współbraci oraz rodziny, które przybliżają nam sylwetkę bohatera i jego duchowość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 520

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Copyright for the text by Elżbieta Wiater, 2023

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2023

 

Redaktor prowadząca – EWAKUBIAK

Redakcja – AGNIESZKACZAPCZYK

Korekta – PAULINAJESKE-CHOIŃSKA, AGNIESZKACZAPCZYK

Skład i łamanie wersji do druku – STANISŁAWTUCHOŁKA • panbook.pl

Redakcja techniczna – JÓZEFAKURPISZ

Projekt okładki i layoutu – KRZYSZTOFLORCZYKOP

 

Zdjęcie na okładce i źródła fotografii – Archiwum Polskiej Prowincji Dominikanów, archiwum rodziny Torbów, archiwum rodzinne Czesławy Widz

 

Serdecznie dziękujemy Klasztorowi Ojców Dominikanów w Krakowie za finansowe wsparcie wydania niniejszej publikacji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ISBN 978-83-7906-633-9

 

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99

61-716 Poznań

tel. 61 850 47 52

[email protected]

www.wdrodze.pl

 

Przygotowanie wersji elektronicznej Epubeum

Błogosławiony służący braciom Przez czułą dobroć i miłosierdzie; Błogosławiony czystego serca Albowiem teraz ogląda Boga.

 

Teksty wspólne o świętych mężczyznach, hymn w II nieszporach (fragm.)

Braciom zakonnym Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego – tym u Celu i tym wciąż jeszcze w drodze*

 

 

 

* Dedykacja umieszczona za wiedzą autorki.

Przedmowa.Gwala, czyli sakrament codzienności

Od kiedy Bóg w swoim Synu nawrócił się na codzienność, podążają za Nim ludzie, którzy w najzwyklejszych czynnościach, skromnej służbie i banalnych, zdawałoby się, spotkaniach z drugim człowiekiem potrafią dostrzec obecność Mistrza z Nazaretu. I choć idą w tłumnej procesji, bez trudu rozpoznaję wśród nich br. Gwalę z krakowskiego konwentu dominikanów. Charakterystyczny, jednostajnie pośpieszny ruch nóg lekko przygiętych w kolanach, szuranie stopami, balansowanie przygiętym do ziemi i odzianym w wełnianą kamizelę ciałem. Po prostu Gwala, mieszkaniec Nazaretu. Czy z Nazaretu może wyjść coś dobrego? Wystarczy rzucić okiem na ten niezwykły w swojej zwykłości pochód, kogo tam nie ma! Bo i doktor Teresa Martin, i Józef Maria Cassant, któremu nawet magisterki nie przyznano, małżeństwo Wojtyłów z Wadowic i brat Wenanty, franciszkanin, Karol de Foucauld, były oficer i były trapista. Któż ich tam zresztą policzy. A wszyscy doszli do świętości, używając środków najzwyczajniejszych z domowej apteki Maryi, Józefa i Boga nawróconego na codzienność.

Obecność Gwali pośród tych biednych pielgrzymów nie dziwi mnie jeszcze z jednego powodu. Trudno go sobie bowiem wyobrazić unieruchomionego ekstazą w gronie kolosów mistyki, siedzącego w królewskiej pozie na tronie świętych fundatorów czy choćby tylko odpoczywającego na kulawym taborecie świętego brata kooperatora Marcina de Porrès. Gwala był bowiem w ciągłym ruchu, Gwala był w drodze. Był dominikańskim perypatetykiem, który obszedł kilka razy kulę ziemską, modląc się w zakonnym chórku w rytm swoich szurających kroków, roznosząc braciom studentom książki czy dźwigając wiadro z wodą, w którym moczyły się pozyskane ze starych kopert znaczki, jego wielka pasja. Jednym słowem: cum Deo ambulare. Taką formułą mniszą można streścić jego życie – chodził z Bogiem, chodził w Jego obecności. Chodził w kaplicy. Podsłuchiwaliśmy go. Recytował Credo in unum Deum – Wierzę w jednego Boga, wszystko po łacinie, zaczynał to wyznanie wiary, kończył i znów je zaczynał, recytował rytmicznie, potem przechodził na Pozdrowienie anielskie, cały czas na orbicie, cały czas w ruchu po okręgu, którego centrum stanowiło tabernakulum. Dziwiła nas ta łacina, dziwiła monotonia słów pozbawionych jakiegokolwiek indywidualnego wyrazu. Ale tak właśnie było: żadnej improwizacji, egzystencjalnych póz, żadnej dramaturgii i „osobistości”, tylko tekst zadany, gotowy, z góry przychodzący. Bo mówić z Bogiem to tak wielka rzecz – pisał kiedyś kameduła Rostworowski – że jedynie sam Stwórca mógł stać się jej nauczycielem. Bo jedynie to, co od Boga pochodzi, godne jest przyjęcia przez Niego. Ruch po Gwalowej orbicie był zakłócany niekiedy przez pośpiesznego intruza, który chciał „tylko” zadośćuczynić codziennemu obowiązkowi sprawowania mszy świętej. Gwala z całą radością służył do tej mszy zwanej chórkową, mszy pośpiesznej niczym spadający meteoryt, tak różnej od wystudiowanej w najdrobniejszym detalu missa egocentrica, sprawowanej przy głównym ołtarzu bazyliki. Nie zwracał uwagi na jej tempo, estetykę, skromność, był prawdziwie szczęśliwy, że mógł księdzu w podróży usłużyć. Czasami zwierzał się celebransowi słowami: „Bo ja mam dziś ten przywilej już w trzeciej mszy uczestniczyć!!!”. Gwala promieniał wtedy niezwykłym blaskiem kochanego przez Boga pierwszokomunijnego dziecka. Widziałem ten wielki smak odnajdowany w modlitwie i świadczę o tym. To zaś może wskazywać na jedno – nie było w Gwali ukrytego konfliktu z Bogiem czy jakiejś formy arogancji albo owego uporu w sprawach Bożych, o którym wspomina dominikanin Jan Tauler, polegającego na tym, iż człowiek chciałby, żeby jego wola spełniała się nawet w rzeczach boskich i w Nim samym.

Sądzę, że br. Gwala, wydeptując pracowicie parkiet zakonnego chórku czy ścierając marmurową posadzkę w kaplicy św. Jacka, próbował zrozumieć drogi Boże, próbował skierować na nie swoje kroki. Któż z nas może powiedzieć, że je zna i rozumie? Czy Gwala wołał do Boga: In via Tua vivifica me! (Ps 115)? Trudno dociec. Ale więcej niż pewnym jest, że Duch Boga wołał na Gwalę i pokazywał drogi prowadzące do serc jego współbraci. Bez emfazy można powiedzieć, że są to drogi wiodące na krańce świata, bo właśnie do tych najbliższych, powołanych przecież do wspólnego mówienia z Bogiem albo o Bogu, trzeba iść najdłużej i najwytrwalej.

Adoracja otworzyła mu oko serca, które dostrzega w drugim realną obecność Jezusa. Tabernakulum go przyciągało, a zarazem wyrzucało na zakonną pustynię, na której od wieków ścierają się charaktery, temperamenty, poglądy, koncepcje i wizje, czasami jedynie słuszne. Gwala nie zaznawał spoczynku. Kiedy ewangelista mówi o Jezusie, że został wyprowadzony przez Ducha na pustynię, to tak naprawdę mówi o „wygnaniu”, o „wypędzeniu” na nią Jezusa. Nieco to szokujące, bo przecież to greckie słowo w potocznym użyciu obsługuje niezmiennie finał egzorcyzmu odprawianego nad opętanym człowiekiem. Ale jak inaczej oddać radykalizm powierzonej każdemu z nas misji głoszenia Bożego królestwa, jak przedstawić jej nieubłagane prawo do wyłączności w przestrzeni naszego serca? Życie br. Gwali świadczy o tym, że został wyrzucony z samego siebie i posłany do braci. Już nie należał do siebie. Taki jest zresztą los każdego, kto wiernie i nieustępliwie szuka Boga.

Co jednak oznacza tak naprawdę ten magiczny termin obecny we wszystkich możliwych definicjach mnicha, zakonnika, kapłana? Jak można szukać Kogoś, kto się już objawił, nawracając na codzienność? Szukanie Boga to nic innego jak szukanie okazji do całkowitego oddania się Jego woli, a ta najpełniej się objawia, gdy składamy nasze życie w ręce innych.

Gwala był w ciągłym ruchu, Gwala był w drodze. Gwala był wygnany z siebie. Każdego dnia, nie wychodząc z klasztoru, docierał po wielekroć na krańce świata, krakowskie krańce świata, wcale nie mniej egzotyczne, niż te wyobrażone przez św. Dominika czy ustalone przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne. Podróż rozpoczynał w zakonnej czytelni, gdzie zawieszona była przeszklona skrzynka zbierająca zamówienia na książki. Potem wyprawa do bibliotecznego magazynu, szukanie tomów, wspinanie się na drabinę, rejestracja tych wszystkich skarbów i kolejna podróż. Tym razem w najbardziej egzotyczne miejsca tzw. studentatu, gdzie mieszkali bracia przygotowujący się do kapłaństwa. Czyli zakonna arystokracja, której dostarczano książki wprost na biurko, żeby młodzież nie marnowała niepotrzebnie energii, lecz tylko studiowała, i to studiowała z zapałem. Dziwne były to zakątki, bo wtedy jeszcze dużo czytano, i to czytano wszystko. Wędrował więc Gwala obarczony tomami do studentackiej dzielnicy zwanej Zaułkiem Literackim, gdzie mieszkali poeci, esteci i dominikańska bohema. To właśnie dzięki br. Gwali przeczytałem między innymi całą korespondencję Zygmunta Krasińskiego, a jest przecież tych listów dobrych kilka kilometrów. Widywano go z dziwnymi broszurami na „Campo di Fiori”, gdzie gnieździli się przyszli heretycy i reformatorzy. Do miejsc bardziej ortodoksyjnych, jak choćby „Mały Watykan”, który zasiedlali przyszli wykładowcy różnych akademii teologicznych, dźwigał kilogramy księdza Granata. Nawiedzał także przyszły zakonny „Instytut Pamięci Narodowej” w powijakach, ciągnąc za sobą literaturę wspomnieniową. Nie pamiętam, żeby choć raz drgnęła mu powieka, jakiś grymas wykrzywił wargi, a przecież doskonale widział, co czytamy i czym się pasjonujemy. Ciekawa była ta twarz br. Gwali. Nie był on ani wesoły, ani smutny, przypominał św. Antoniego Pustelnika, który schronił się w ruinach starego rzymskiego fortu przed światem. Gdy stęsknieni za nim przyjaciele sforsowali drzwi jego celi, ukazał im się właśnie tak: ani wesoły, ani smutny.

Gwala nie odrzucał ludzi, ale też nie chciał się im przypodobać. Przebijał się w jego bystrym spojrzeniu inteligentnego brata konwersa jakiś ogromny pokój, nie stąd. I przebaczenie. Ale był dla nas, młodych, wielką milczącą prowokacją. Kochaliśmy go, to prawda, lecz nikt z nas nie zamierzał iść w jego ślady, chcieliśmy oddać życie w bardziej spektakularny sposób. Czekały na nas prawdziwe krańce świata. Bo kim był Gwala? Mnichem? Dominikaninem, który nigdy nie otworzył ust. I kto na zewnątrz klasztoru znał jego poświęcenie i zasługi? Nikt. W tym czasie to inni byli znani i pożądani, i godni naśladowania.

Mimo że pozbawiony forum, kazalnicy i mikrofonu, Gwala był jednak prawdziwym, choć milczącym kaznodzieją. Bo głosić nie oznacza dać się zabić i zjeść przez rozentuzjazmowane tłumy. Ani pozwolić się przypiekać przez ostre pytania kolejnej pary prowadzącej śniadaniówkę, ani być obecnym w sieci i komentować każde jej drgnienie. Biskup Romero i Christian de Chergé mówili, że to także oddanie życia, kropla po kropli, w zwyczajnej codzienności, to uważne i poważne spełnianie narzuconych przez nią ludzkich obowiązków, wybieranie ciszy zamiast trującego szemrania, oddawanie się dyskretnej modlitwie, gdy atakuje nas demon odpowiedzialny za duchowe włóczęgostwo, ten kapryśny duch wmawiający nam, że wciąż jeszcze nie odkryliśmy krainy szczęścia na naszą miarę. To także pomoc niesiona innym, nasz wkład w ich promocję i wzrastanie, bez czekania na zapłatę, akceptacja wszelkiej niewdzięczności oraz ryzyka bycia pomniejszonym, zmarginalizowanym, a nawet zapomnianym przez swoich uczniów i beneficjentów. Ale przecież nie ma większej miłości, jak oddać życie za przyjacioły swoje.

Myślę, że br. Gwala należał do tego rzadkiego gatunku świętych, którym Bóg zaproponował trudną łaskę życia ukrytego, i to w miejscu, w którym prowadzenie takiego życia jest absolutnie niemożliwe. Wydaje się, że taki dar udzielany jest po bardzo trudnym egzaminie, przypominającym nieco przedwojenną maturę. I pada na nim tylko jedno pytanie: „Czy wierzysz, że naprawdę jesteś tylko tym, kim jesteś w oczach Bożych?”. Jak można się domyślać, Gwala odpowiedział pozytywnie, on żył tą prawdą po prostu. Jak mogło być inaczej, skoro spotkał swojego Oblubieńca. To spotkanie było tak przejmujące, że – używając formuły Izaaka Syryjczyka – Gwala sam stał się modlitwą. Był więc skupiony, to znaczy nie miał czasu na głupstwa, do których zaliczam bezpłodne a dramatyczne rozważania nad utraconą szansą „zrealizowania siebie”, porównywanie się z innymi czy życie według zasad wirtualnej wieczności: „Źle czy dobrze, byle stale o mnie”, jako i medytacje muzealne w stylu „ile po mnie zostanie”. Gwala nie miał czasu na głupstwa, ponieważ dostąpił ogromnego przywileju: „Jest więc niezmierzoną łaską i przywilejem, kiedy osoba odkrywa we własnej duszy łaknienie ubóstwa i samotności. A najcenniejszym ze wszystkich darów natury i łaski jest pragnienie ukrycia się, zniknięcia sprzed ludzkich oczu, aby świat miał nas za nic, by porzucić nadmierne zainteresowanie własną osobą i roztopić się w nicości, w niezgłębionym ubóstwie, adoracji Boga” (Thomas Merton).

Dlaczego Kościół ma wynosić na ołtarze tego milczącego, skromnego dominikańskiego mnicha? Bo Kościół jest sakramentem miłości Boga do świata, bo Bóg umiłował świat. A Gwala niósł tę nowinę do świata, który zwariował i – użyjmy przejmującego obrazu Czesława Miłosza – przekształcił się w olbrzymią halę z ustawionymi w niej nieskończonymi rzędami fortepianów: każdy gra na swoim instrumencie, starając się innych zagłuszyć, a w ogólnym zgiełku, nawet przestając grać na chwilę, słyszy tylko najbliższego sąsiada.

Gwala był i jest skromnym okruchem tego sakramentu, lekarstwem na szaleństwa sukcesu za wszelką cenę, chorobę popularności i przekonanie, że wszystko jest na sprzedaż. A przede wszystkim był i jest egzorcyzmem przeganiającym ten obezwładniający strach, że pożre nas nicość, gdy polecą na łeb lajki i nigdy niewidziani „przyjaciele” stracą nami zainteresowanie. Jego życie jest jasnym przekazem Bożej mądrości: „Nie bój się, że nie istniejesz. Istniejesz, bo Ja patrzę na ciebie. I choć inni mijają cię z obojętnością, Ja patrzę z dumą na ciebie, bo jesteś moim synem, bratem mojego Syna Jezusa”.

Jeśli po usłyszeniu takich słów zawołamy: „Panie, cóż mam więc czynić?!”, Bóg, wskazując na br. Gwalę, odpowie: „Żyj codziennością, nie szukaj renomowanych miejsc, znanych osób, satysfakcjonujących cię zajęć, nie czekaj na łaskawe spojrzenie możnych tego świata. Żyj codziennością, ona jest bowiem sakramentem mojej przemieniającej obecności. Czyż zapomniałeś, że i Ja nawróciłem się kiedyś na nią?”.

Dlaczego Kościół ma wynosić na ołtarze tego milczącego, skromnego dominikańskiego mnicha? Święty jest również po to, żeby przez swoje orędownictwo wyciągać nas z naszych piekieł. Nie z fantazji, ale jako świadek życia br. Gwali dawno temu już przymierzałem mu aureolę. I pytałem: „Czyim ty będziesz patronem, komu ty, bracie, będziesz pomagał, kogo z piekieł wyciągał żarliwą modlitwą?”. Długo medytowałem, aż wreszcie odkryłem, że Gwalę należy mianować patronem strąconych w niebyt celebrytów. Nie będzie ich oczywiście windować z powrotem na utracone wyżyny. Skądże! Jego ani smutna, ani wesoła, ale promieniująca szczęściem twarz będzie świadczyć przeciw nicości życia, które do tej pory prowadzili, i zarazem zapraszać do adoracji niezgłębionego w swoim ubóstwie i pokorze Boga. A wszystko to w prawdziwie skromnym, zwykłym i otulonym codziennością życiu. Bo przecież szkoda czasu na głupstwa.

Niech piękna książka o br. Gwali krakowskiej teolożki i pisarki Elżbiety Wiater będzie pomocą w wyborze tego, co najważniejsze, mądre, skromne i wieczne. Zapraszam.

 

Michał ZiołoOCSO

Wprowadzenie

Jak wszyscy wiemy, jedną i tę samą historię można opowiedzieć na różne sposoby. Tym samym, zaczynając pracę nad biografią br. Gwali Torbińskiego, stanęłam przed koniecznością odpowiedzi na pytanie nie tylko o jej treść, ale i formę. W założeniu jest to praca historyczna, dlatego zresztą jest zaopatrzona w bibliografię i przypisy. Jednocześnie moim pragnieniem pozostaje, aby była to książka czytana przez liczne osoby, a nie szacownie kurząca się w bibliotece pozycja, nad którą jedynie specjaliści będą cmokać z irytacji bądź zachwytu, tudzież studenci – ziewać.

Z tego powodu, mając świadomość, że u wielu zawodowych historyków może to budzić niechęć i nieufność do tekstu, wybrałam jednak formę lżejszą, bliższą esejowi, pokazującą także moje zmaganie z materią źródeł (lub ich brakiem) i destrukcyjnym działaniem czasu. Na samym początku prac, a w zasadzie nawet przed nim, ostrzeżono mnie, że nie będzie zbyt wiele materiałów do biografii br. Gwali. Na szczęście okazało się, że obawy te były płonne; wielkiej pomocy udzieliła mi też rodzina brata, której tu serdecznie chciałam podziękować.

Na końcu książki umieszczam esej poświęcony duchowości braci, istotny ze względu na to, że br. Torbiński zmarł w opinii świętości. Świętym jest ktoś, kto żyje heroicznie swoim powołaniem, więc żeby móc stwierdzić, czy rzeczywiście mamy do czynienia z takim przypadkiem, musimy zdefiniować, o jaką formę życia, także duchowego, chodzi. Nie ukrywam, że jeśli chodzi o duchowość braci, bardzo dużo nauczyłam się właśnie od br. Gwali i ślad jego świadectwa jest zdecydowanie wyraźny w tym dodatku.

Na początek jednak chcę nieco przybliżyć historię dominikańskich braci zakonnych, aby dać szerszy kontekst opowieści o zmianach, do jakich doszło w XX wieku, a którym siłą rzeczy przyjrzę się bliżej w biografii. W trakcie prac okazało się, że życie br. Gwali stanowi świetne studium przypadku, pozwalające zobaczyć dzieje braci w Polsce w tym stuleciu, gdyż obejmuje je całe, zwłaszcza jeśli spojrzymy na nie jako na epokę historyczną, a nie na okres między 1901 a 2000 rokiem. Wiek XX jako epoka zaczyna się wybuchem pierwszej wojny światowej, a więc w 1914 roku, a kończy, przynajmniej w naszym kraju, w 1989 roku, kiedy rozpoczyna się transformacja ustrojowa. Brat Torbiński urodził się w 1908 roku, zmarł w 1999 roku, jego życie obejmuje więc, a nawet nieco wykracza, poza opisane przeze mnie ramy. Można powiedzieć, że przyszedł na świat jeszcze w XIX wieku, a narodził się dla nieba już w wieku XXI. Nadto asygnaty, które otrzymywał, sprawiły, że zwykle trafiał do miejsc, które były istotne w danym momencie historycznym, i to zawsze w chwili, kiedy rozgrywały się tam ważne wydarzenia.

Narodziny braci konwersów

Bracia konwersi pojawiają się w zakonie kaznodziejskim u samych jego początków1 – kilku takich dominikanów posługuje już w klasztorze mniszek w Prouille, św. Dominik w 1217 roku, rozsyłając braci, w ich gronie umieszcza także konwersów, choćby Oderyka, którego darzył wielkim zaufaniem i m.in. dlatego uczynił go towarzyszem ojców wysyłanych do Paryża. Zapiski o wielu braciach znajdujemy także w ówczesnych odpowiednikach dzisiejszych ksiąg zmarłych.

Wykonywali zwykle prace domowe, opiekowali się chorymi i byli odpowiedzialni za zbieranie jałmużny. Kiedy zakon buduje kolejne klasztory, bracia posługują z reguły jako rzemieślnicy: murarze, architekci, stolarze, malarze etc., często wybitni. Wiele dzieł sztuki wyszło spod wysoko wykwalifikowanych rąk braci zakonnych: miniatury, rzeźby, freski, ale także ceramika użytkowa – w Krakowie prawdopodobnie to właśnie dominikańscy konwersi byli pionierami stosowania ozdobnej glazury w tym typie ceramiki, nie mówiąc o prowadzeniu jednego z pierwszych warsztatów do wyrobu glazurowanych płytek posadzkowych na wysokim poziomie artystycznym2.

Wśród braci w tamtej epoce byli ludzie prości, ale także wysoko urodzeni i dobrze wykształceni. Wybierając habit brata zakonnego, rezygnowali świadomie ze święceń, bo na początku przejście do stanu kapłańskiego było dla konwersów zakazane. Zresztą nie wolno im było nawet posiadać własnych ksiąg, w tym przede wszystkim… psałterza.

W miarę upływu czasu to podejście będzie się zmieniać, zresztą w opracowaniu o. Thompsona, nie tylko przy kwestii święceń dla konwersów, widać wyraźnie dominikański stosunek do zakonnego prawa. Można go streścić jako: jak nie wolno, to nie wolno, ale jeśli koniecznie trzeba, to można. Przykładem może tu być rozwiązanie prawne dotyczące tego, kto ma być syndykiem w klasztorze. Pierwotnie św. Dominik chciał, by to bracia przejęli kwestie administracyjne i finansowe w zakonie. Wtedy jednak zaprotestowali kapłani oraz papież Honoriusz III, który był właśnie tuż po rozstrzygnięciu sprawy wspólnoty z Grandmont. Tam powstała struktura zakonna, w której bracia zajmowali dokładnie taką pozycję, jaką chciał im dać Guzman. Skończyło się na tym, że korzystając z trzymanych w ręku kluczy do skarbca, prawie zagłodzili kapłanów, w ten sposób chcąc wymusić korzystne dla siebie rozwiązania. U dominikanów przyjęto więc zasadę, że syndykiem zawsze musi być kapłan. Czasem jednak nie było wśród wyświęconych kaznodziejów nikogo, kto byłby w stanie sprawować to oficjum, i wtedy obejmowali je, jakżeby inaczej, konwersi. Jak nie wolno, to nie wolno, ale jak koniecznie trzeba, to można.

Dla badacza takie podejście to wskazówka, że przepisy zawarte w konstytucjach trzeba traktować bardziej jako sugestie niż dokładny obraz tego, jak wygląda życie dominikańskie w danym momencie w praktyce (szczególnie że pojawiają się też zwyczaje specyficzne dla konkretnych prowincji), dlatego zawsze konieczne jest sięgnięcie po inne źródła – wiele mówią akta wizytacyjne, a dokładnie wskazówki dotyczące zmian sugerowanych przez przełożonych. W przypadku braci zakonnych problemem jest szczupłość materiału źródłowego, jednak i w oparciu tylko o to, do czego mamy dostęp, możemy stwierdzić, że nawet nie mając święceń i pracując niejako w tle, mieli duży udział w misji zakonu.

Rola konwersów w historii dominikanów

To konwersi zbierali jałmużnę, zapewniali zatem podstawy materialne przetrwania klasztorów. Obsługiwali furtę, zakrystię, infirmerię, kuchnię ze spiżarnią, a więc miejsca ważne i drażliwe (szczególnie to ostatnie miało taki charakter, o czym czytelnik zresztą będzie mógł się przekonać podczas lektury tej książki). Dzięki konwersom ojcowie wszyscy chodzili w czystych ubraniach i klasztor z przyległościami nie zarastał brudem. Oni pracowali w ogrodach, sadach i na folwarkach, a często to, że klasztor nie musiał im płacić za pracę, pozwalało domykać domowy budżet3.

Razem z całym zakonem doświadczyli kryzysu w wieku XIV (zachowały się zapiski mówiące wręcz o publicznych bójkach, w których brali udział), a kiedy po odkryciu Nowego Świata nowej dynamiki nabrał ruch misyjny, razem z ojcami wyruszyli głosić słowo. To właśnie spośród konwersów południowoamerykańskich wywodzi się dwóch świętych – Jan Macias oraz Marcin de Porrès. Wcześniej, bo już w XIII wieku, wielu braci dało świadectwo swojej wiary, zostając męczennikami, wśród nich ci, którzy zginęli wraz z bł. Sadokiem w Sandomierzu, zamordowani przez Tatarów. Później ich grono powiększą zabici podczas wojen religijnych w Europie oraz ci, którzy zginą na misjach, szczególnie dalekowschodnich.

Kiedy zakon odradza się na starym kontynencie po kryzysach i kasatach związanych z rewolucją francuską oraz polityką monarchów absolutystycznych, jest w nim miejsce także dla konwersów. Ich procent jednak znacząco spada – nie ma już mowy o tym, by było to około dwudziestu procent dominikanów, jak na początku. Kolejnym tąpnięciem będą zmiany po soborze watykańskim II, który całkowicie przeformułuje miejsce braci w zakonie, o czym piszę szerzej w jednym z rozdziałów. Obecnie wciąż trwa dyskusja nad tym, jakie miejsce w misji zakonu i w jaki sposób realizowane mają zajmować bracia, teraz noszący już nazwę kooperatorów. Mam cichą nadzieję, że opowieść o br. Gwali i jego współbraciach (jako rasowy dominikanin był człowiekiem wspólnoty, zresztą naśladując w tym dzielnie św. Jacka) przysłuży się do znalezienia odpowiedzi na pytanie o rolę kaznodziejskich braci zakonnych. Jestem święcie przekonana, że jest ona wciąż istotna – w końcu nie bez powodu Bóg i św. Dominik wciąż powołują kolejnych mężczyzn, by szli tą drogą.

Podziękowania

Książki tej nie byłoby w obecnym kształcie, gdyby nie grono wspaniałych osób, które mi pomogły w zebraniu materiałów i wspierały mnie w pisaniu. Na pierwszym miejscu chcę wymienić członków rodziny br. Gwali (w kolejności nawiązywania kontaktu): Czesławę Widz, Marię Siemczyk, Stanisławę i Jana Świsiów oraz Leokadię Torbę. Gdyby nie zachowana przez państwa Świsiów korespondencja brata, nie miałabym dostępu do jego duchowości, nie byłoby też potwierdzenia wielu detali dotyczących jego biografii. Wywiady z nimi, a także ich kuzynami: Urszulą Szepetowską, Jerzym i ks. Ryszardem Siutami (którym także dziękuję), pozwoliły mi uzupełnić obraz brata o kontekst rodzinny.

Kluczowym miejscem było oczywiście Archiwum Polskiej Prowincji Dominikanów. Tu wielkie podziękowania za życzliwość i otwartość składam na ręce o. Ireneusza Wysokińskiego oraz tamtejszych pracowników: Marcina Sanaka i Adriana Cieślika. Wiele źródeł, z których korzystałam, wciąż jest w opracowaniu i gdyby nie ich pomoc, szczególnie pana Marcina, po prostu nie wiedziałabym, że takie dokumenty istnieją.

Dziękuję też Małgorzacie Habudzie, pracującej w bibliotece krakowskiego kolegium, która przybliżyła mi realia pracy bibliotekarza, a także udostępniła zbiory wewnętrznego archiwum biblioteki. Nie mówiąc o wsparciu w momentach kryzysów twórczych.

Wreszcie, chcę wymienić braci kaznodziejów, których pomoc, zarówno ta duchowa, jak i ta praktyczna (przekazanie lub wskazanie materiałów), była kluczowa przy pisaniu: o. Cypriana Klahsa, o. Dariusza Kantypowicza, o. Tomasza Gałuszkę, o. Radosława Więcławka i o. Michała Paca. Ich zainteresowanie tematem stanowiło dodatkową motywację do ukończenia książki.

Nota redakcyjna

Chcąc maksymalnie skrócić noty biograficzne, podaję jedynie daty roczne kluczowych wydarzeń w życiu opisywanych postaci. W przypadku braci są to: narodziny – pierwsze śluby zakonne – śmierć; w przypadku ojców: narodziny – pierwsze śluby – święcenia – śmierć. W cytatach ze źródeł została zachowana oryginalna pisownia i interpunkcja, dodatki ode mnie umieszczone są w nawiasach kwadratowych.

Wykaz skrótów

aaut. archiwum autorki

AKPoz Archiwum Klasztoru Dominikanów w Poznaniu

AKGr Archiwum Klasztoru Najświętszej Maryi Panny Śnieżnej na Gródku (mniszki dominikańskie)

AKLu Archiwum Klasztoru Dominikanów w Lublinie

AKSł Archiwum Klasztoru Dominikanów na Służewie

APPD Archiwum Polskiej Prowincji Dominikanów

bsgn. bez sygnatury

CatalogusCatalogus Fratrum ac Sororum Provinciae Poloniae Sacri Ordinis Praedicatorum

Fr klasztor warszawski, ul. Freta 10

Jz klasztor jezupolski

KBKLKronika braci konwersów lwowskich, lata 1933 – 1942

KFr Kronika klasztoru św. Jacka (Warszawa)

KJz Kronika klasztoru jezupolskiego

KKr Kronika klasztoru krakowskiego

KLw Kronika klasztoru lwowskiego

KLu Kronika klasztoru lubelskiego

Kr klasztor krakowski

KPoz Kronika klasztoru poznańskiego

KSł Kronika klasztoru służewskiego

KTb Kronika klasztoru tarnobrzeskiego

KTp Kronika klasztoru tarnopolskiego

KZm (2019) Księga zmarłych, Warszawa 2019

KZm (Działa) Księga zmarłych za okres od 1900 do 1972, oprac. E. Działa

Lcons Liber consiliorum (Księga rad)

Listy G. Torbiński, Listy do Stanisławy i Jana Świsiów (1965–1999), skany w aaut. i w APPD, w oprac.

Lu klasztor lubelski

Lw klasztor lwowski

Poz klasztor poznański

RD „Róża Duchowna”

rkps rękopis

sp. spuścizna

Sł klasztor służewski

Tb klasztor tarnobrzeski

Tp klasztor tarnopolski

tper. teczka personalna

UZKUstawy Zakonne do użytku Braci Konwersów

Prolog

Był listopadowy poranek. Chłodny, nieco śnieżny. Zebrani przy grobowcu dominikanów na cmentarzu Rakowickim skutecznie korkowaliśmy jedną z głównych alejek. Jak co roku w Dzień Zaduszny odprawiano mszę świętą za pochowanych w tym miejscu, i nie tylko tam, zmarłych z zakonu i dobrodziejów. Nasze głosy krzyżowały się i wymijały z liturgią płynącą z megafonów pobliskiej kaplicy, konkurując za pomocą starego, dobrego chorału z kościelnymi standardami.

Kiedy odśpiewaliśmy na zakończenie antyfonę Salve Regina, mój wzrok przyciągnęła marmurowa tablica po lewej stronie od wejścia. Wypisano na niej ostatnio tu pochowanych ojców i braci. Nie mogłam oderwać oczu szczególnie od jednego napisu: br. Gwala Torbiński. Zewnętrznie nie różnił się niczym od pozostałych, ale dla mnie miał szczególną intensywność. Jakby dominikanin noszący to imię i nazwisko mnie o coś prosił. Pierwsza, dość oczywista myśl – chodzi o modlitwę. Jednak gdzieś z tyłu głowy cichy głos intuicji zgłaszał sprzeciw.

Jaki czas później opowiadałam sąsiadowi, który dobrze zna dominikańskie środowisko, że piszę książkę o św. Jacku Odrowążu. W odpowiedzi usłyszałam: „To może następna o br. Gwali Torbińskim? To taki brat kooperator, który umarł w opinii świętości”. Po moim kręgosłupie przebiegł dreszcz – w tamte Zaduszki nie chodziło o modlitwę, dominikanin chciał, żeby o nim napisać i by jego świadectwa nie pochłonęła niepamięć.

W tym samym czasie jednak tematem ktoś się zainteresował, więc zajęłam się innymi postaciami z historii Kościoła, nieco żałując tak niesamowicie zaczętej znajomości. Wkrótce dowiedziałam się, że osoba, która planowała pisać na ten temat, z powodów nie do końca od niej zależnych porzuciła ten pomysł. Brat zaś nadal konsekwentnie domagał się mojej uwagi, wracając w rozmowach i opowieściach spotykanych ludzi z krakowskiego klasztoru, przewijając się we wspomnieniach pracowników biblioteki, co listopad świecił po oczach nazwiskiem z marmurowej płyty. Zagadywani o niego ojcowie-historycy odradzali zajęcie się tematem, głównie ze względu na szczupłość źródeł. Mojej kobiecej przekorze tylko tego było trzeba – postanowiłam, że jednak zawalczę.

I wtedy okazało się, że br. Gwala jest człowiekiem wielu niespodzianek.

Rozdział pierwszy. Sługa

Podstawowymi źródłami dającymi dostęp do tego, jak br. Gwala przeżywał swoją relację z Bogiem, są wspomnienia rodziny i znających go dominikanów oraz zachowana korespondencja. Co do tej ostatniej mogłoby się pojawić zastrzeżenie, że zawarte w niej formy i treści są stylizacją na uduchowionego zakonnika, któremu wypada pisać tak, a nie inaczej. Tu jednak z pomocą w ocenie przychodzą wspomnienia otoczenia, bo znający brata ludzie zgodnie stwierdzają, że był to człowiek wielkiej prostoty, z dużym dystansem do samego siebie i swoich słabości, których był doskonale świadomy. Trudno przypuszczać, że ktoś taki próbowałby udawać kogoś, kim nie był.

W minikatechezach, które tworzył dla fraterni w Dzwoli i dla rodziny, wzoruje się na znanych sobie kazaniach i książkach, mam nawet wrażenie, że parafrazuje je z pamięci, ponieważ widać między nimi a jego własnym tekstem różnicę stylistyczną, nie oznacza to jednak prób kreowania się na kogoś, kim nie był. Jest to raczej, obecne już u ojców Kościoła, sięganie po sprawdzone wzorce i schematy. Porównanie „warsztatu” tym bardziej adekwatne, moim zdaniem, że brat, choć piśmienny, wychował się w kulturze jeszcze w dużej mierze oralnej, podobnie jak przywołani autorzy.

Specyfikę jego listów uchwycił świetnie br. Karol Serwa: „Takie słodziutkie te jego liściki są, ale on taki był; tam nie ma odrobiny przesady w tym. On tak myślał, tak czuł, tak pisał”1. Zajrzyjmy więc do nich w poszukiwaniu Gwalowego widzenia Boga i przeżywania relacji z Nim.

Pani Różańcowa

Od dzieciństwa br. Gwali towarzyszył kult maryjny i ten aspekt jego religijności rzuca się w oczy jako pierwszy i najbardziej wyrazisty. W takiej pobożności był formowany od dziecka, najpierw pielgrzymując z rodzicami do janowskiego sanktuarium, codziennie rano słuchając, a jako już starszy – śpiewając z rodziną godzinki, a w październiku chodząc na nabożeństwa różańcowe2, przyjmując pierwsze sakramenty przy sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Janowie Lubelskim. To właśnie cześć do Niej, na co wiele wskazuje, zdecydowała o wstąpieniu przez niego do zakonu dominikanów. Zresztą sam to zauważa: „Gdzieś w mojej pamięci miesiąc ten [październik] i odprawiające się uroczyste nabożeństwa różańcowe wywarły głębokie wrażenie, jakoś specjalnie lubiłem te nabożeństwa i jako kilkunastoletni chłopak prawie codziennie chodziłem na te nabożeństwa, najpierw w kaplicy, a następnie w nowo zbudowanym kościele, powoli wykańczanym. Już kilkadziesiąt lat upłynęło od owych czasów, a jeszcze człek mile wraca do tych wspomnień i wrażeń. Widocznie Matka Boska Różańcowa w ten sposób do siebie i do zakonu różańcowego chciała mnie pociągnąć”3. Pozostał Jej wiernym sługą do końca życia, czego znakiem było m.in. to, że zawsze w nagłówkach jego listów pojawia się wezwanie Ave Maria, czasem tylko rozbudowane lub z dodanym na przykład (po polsku lub po łacinie) „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

W okresie, kiedy był formowany, bracia konwersi często przyjmowali jako drugie imię zakonne Maria, tak samo było w przypadku br. Gwali4. Przez wiele lat go nie używał – wrócił do podpisywania się Gwala Maria pod koniec życia, w roku 19975. Biorąc pod uwagę, że z wiekiem nasilają się cechy danego człowieka6, wzmacniająca się maryjna religijność wydaje się potwierdzać to, jak głęboko postawa ta była wpisana w brata.

Stale towarzyszył mu także różaniec. Kiedy wstępował do dominikanów, wielokrotne powtórzenia Ojcze nasz i Zdrowaś Mario były dla braci konwersów jedną z form Liturgii godzin. Różaniec był niejako szkieletem ich dnia modlitwy. Brat Gwala pod koniec życia odmawiał go po łacinie i de facto prawie stale. Opiekujący się nim pod koniec życia br. Andrzej Pastuła wspominał, że bywało, iż budząc się, Gwala odruchowo zaczynał odmawiać kolejny dziesiątek. Jego pochylona postać wędrująca z koronką w ręku po korytarzach, chórku lub dawnej kaplicy braci konwersów była dla pozostałych dominikanów czymś naturalnym.

Bliżej o swoim stosunku do tej formy modlitwy tak pisał w listach do rodziny: „Z różańcem my się jakoś zżyli i jest on dla nas jakiś drogi i swój”7; „Różaniec święty to nie klepanie bezmyślne pacierzy, ale jest to zbiór najistotniejszych modlitw Kościoła. (…) stanowią one jakby ciało, natomiast duszą różańca jest rozważanie tajemnic, czyli scen albo zdarzeń z życia, cierpień i chwały Chrystusa i Jego Matki. (…) Dlatego ci, co wyśmiewają Różaniec, wykazują tylko grubą swą ignorancję; rozprawiają o tym, czego nie rozumieją. Zatem Różaniec jest modlitwą najmniejszego prostaczka przez swą łatwą i przystępną formę, ale jest też modlitwą największego mędrca, przez wzniosłość i głębię swych tajemnic”8; „polecam Was macierzyńskiej opiece Maryi Królowej Różańca Świętego, byście pod Jej opieką pewnie i bezpiecznie kroczyli drogą zbawienia, złączeni z Nią łańcuchem miłości, jakim jest Różaniec święty”9. Jednemu z ojców miał powiedzieć, że najwięcej wysiłku kosztuje go odmawianie trzeciej części różańca10 – w domyśle: najwięcej rozproszeń, pomyłek. To by wskazywało, że wchodził w tę modlitwę także duchowo, tak że rozważanie męki odbijało się na nim samym.

Regularnie, prawie co roku, w okolicach października wspomina też o uroczystościach różańcowych, m.in. o procesji do pięciu ołtarzy w uroczystość Matki Bożej Różańcowej, przy okazji dodając swój komentarz do tego, że władze komunistyczne zakazały odbywania procesji na Rynek Główny: „widocznie Matka Boska woli bardziej cześć wewnętrzną niż zewnętrzną”11.

Spory wpływ na jego duchowość wywarły objawienia w Lourdes i Fatimie. Powołuje się na nie w jednej ze swoich miniapologii Różańca12, jednak o skali ich wpływu, szczególnie tych ostatnich, świadczy, moim zdaniem, co innego. Kiedy jeden z jego znajomych, wtedy nastoletni, Jerzy Siuta, zwierzył się ze swoich wątpliwości w wierze, brat przyniósł mu artykuły mówiące właśnie o Fatimie13. Gdyby przekazane wtedy przesłanie nie było istotne dla Gwali, nie uznałby go za coś, co może pomóc w odnalezieniu na nowo motywacji do życia wiarą. Zresztą do treści przekazanego wtedy przesłania wrócę za chwilę, przy innym, zdecydowanie istotnym elemencie Gwalowej religijności.

Zmiana

Z korespondencji brata wynika, że mimo właściwej dla późnego wieku tendencji do pozostawania przy dotychczasowych poglądach i praktykach, w jego duchowości zachodzi w pewnym momencie zmiana. Tak przynajmniej postrzegam nowy element pojawiający się w podpisach listów. Przez dziesiątki lat prawie zawsze14 brat powierzał adresatów opiece Matki Bożej, dostosowując Jej tytuł do momentu roku liturgicznego, regularnie pojawia się też św. Józef (zwykle w marcu, z okazji nowenny, w maju przy okazji wspomnienia Józefa Robotnika i w okresie Bożego Narodzenia – uroczystość Najświętszej Rodziny), w czerwcu Najświętsze Serce Pana Jezusa, a w listopadzie Wszyscy Święci i dusze czyśćcowe. Na tym tle zaskakujące jest zakończenie listu z 16 kwietnia 1989 roku: „mile Was pozdrawiam wraz z Mamą15, życząc Wam zdrowia i wszelkiego dobra od najlepszego Ojca z niebios”16. Co więcej, to wskazanie na Ojca i Jego opatrzność zacznie się odtąd pojawiać dość regularnie. Nie jest to uzasadnione żadnymi zmianami w sytuacji życiowej adresatów, dlatego przypuszczam, że oddaje odkrycie przez brata miłosiernego i opiekuńczego oblicza Boga Ojca.

Walenty Torba (siedzi drugi od lewej) w trakcie służby wojskowej w jednostce w Równem (obecnie Ukraina)

fot. arch. rodzinne Czesławy Widz

Wychowany przez wymagającego ojca, z którym, jak się zdaje, nie miał zbyt bliskiej relacji (chociaż regularnie pamiętał o rocznicy jego śmierci i modlitwie za niego, nigdy nie poświęcił mu, inaczej niż matce, nawet krótkiego wspomnienia), br. Gwala mógł mieć trudność ze zbudowaniem bezpośredniej więzi z Bogiem Ojcem. W jego listach pojawia się temat przyjmowania woli Boga, akceptowania doświadczanych trudności i ciężarów, jednak jego duchowość jest przez większość życia zdecydowanie maryjna i eucharystyczna i tak, pośrednio, nakierowana na Pierwszą Osobę Trójcy. Określenie Jej mianem „najlepszego Ojca z niebios” w tym kontekście brzmi wyjątkowo mocno.

Opiekun

Drogą do tej przemiany mógł być żywy kult św. Józefa. Brat od dziecka był wprowadzany w modlitwę do tego świętego, nie raz zapewne też doświadczył skuteczności jego wstawiennictwa. W pierwszej połowie XX wieku cześć wobec cieśli z Nazaretu była promowana i żywa wśród dominikanów17, zaś dla brata konwersa, pracującego przede wszystkim fizycznie i głoszącego raczej postawą niż słowami, szczególnie bliska, bo podobna doświadczeniem i praktyką życia.

Ponadto będąc przez wiele lat zakrystianem mniejszym, brat pełnił wobec Chrystusa Eucharystycznego podobną posługę jak św. Józef wobec Jezusa. Strzegł Go, dbał o Jego dom, przygotowywał odpowiednio ołtarz, czyli miejsce na Jego przyjście, i czuwał przy nim, kiedy Pan przychodził w chwili konsekracji.

Najważniejszy stół

W tym kontekście należy wspomnieć o miejscu Eucharystii w życiu br. Gwali. Zdarzało się, że jako zakrystian i ogólnie brat zakonny wielokrotnie w ciągu dnia służył on do mszy świętej, szczególnie przed reformą liturgii. Później także bywało, że był ministrantem więcej niż dwa razy dziennie – ojcowie wspominali, że czasami kiedy podczas takich prywatnych celebracji chcieli mu udzielić komunii świętej, brat kładł palec na ustach, co oznaczało, że już danego dnia dwukrotnie komunikował18. Ta praktyka mogła prowadzić do tzw. syndromu zakrystiana, czyli obojętności na rzeczy święte wywołanej nieustannym obcowaniem z nimi. W przypadku br. Gwali on się nie pojawił i jest na to co najmniej kilka dowodów.

Będąc na urlopie w Janowie, korzystał z tego, że od miejsca jego pobytu było niedaleko do kościoła, i bywał w nim dwa razy dziennie: na mszach porannej i wieczornej, czasem połączonej z nieszporami19. Możliwość uczestniczenia w liturgii w dniu, w którym musiał przerwać urlop i wrócić do Krakowa, określił słowami: „pod tym względem też mi się udało”20. Kiedy do krakowskiego klasztoru przyjeżdżali goście z innych domów i odprawiali msze w wewnętrznej kaplicy, Gwala zaraz biegł służyć do mszy21, co zresztą było też przejawem jego radości ze spotkania.

Dobrze jego przywiązanie do sakramentu ołtarza i liturgii oddaje anegdota opowiedziana przez o. Macieja Ziębę. Było to przed wylotem późniejszego prowincjała na studia do USA. Dopadła go ostra reisefieber i nie mógł zasnąć. Mniej więcej o trzeciej nad ranem stwierdził, że skoro nie może spać, to przynajmniej pójdzie do kaplicy i się pomodli. Kiedy wszedł do chórku, z ciemności wychynęła głowa br. Gwali i padło ciche pytanie: „Odprawiamy?”. Ojciec uznał to za dobry pomysł i tak nad ranem, tuż przed odlotem, odprawił mszę. Kiedy już zdejmował szaty liturgiczne, brat porządkujący ołtarz z wyraźną radością stwierdził: „Ale mi się udało!”22. Nie ukrywam, że podejrzewam go o wymodlenie sobie tej liturgii.

Z kolei br. Karol Serwa wspominał, że kiedyś Gwala zirytował go zbyt głośnym odpowiadaniem na mszy – zajął miejsce przy wielkim ołtarzu i stamtąd dobiegał aż do nawy jego mocny głos. Miewał już wtedy problemy ze słuchem, więc nie zdawał sobie sprawy, jak głośno mówi. Brat Karol postanowił mu zwrócić uwagę i wykorzystać do tego moment komunii. Kiedy kapłan wyjmował z tabernakulum Najświętszy Sakrament, br. Serwa podszedł do klęczącego przy balaskach brata, wydarzenia potoczyły się jednak inaczej, niż zakładał: „Jak zobaczyłem jego oczy wpatrzone w Najświętszy Sakrament, to zamilkłem i się wycofałem, bo to były oczy, które widziały Boga. Tego wzroku nie da się opisać ani wypowiedzieć (…). To był właśnie br. Gwala, ta cała jego świętość. (…) To naprawdę [były] oczy, które widziały Niewidzialnego, nic piękniejszego w życiu nie widziałem”23.

Podobnie wspominał, ale moment przyjmowania przez Gwalę komunii, br. Andrzej Pastuła. W tym momencie dla komunikującego znikał świat wokół niego, liczyła się tylko Hostia. Jego opiekun miał okazję to widzieć wielokrotnie, kiedy uczestniczył w mszach sprawowanych w celi brata, kiedy ten czuł się gorzej i nie mógł uczestniczyć w liturgii przynajmniej w chórku24.

Słowo

Brat Serwa kiedyś wszedł do celi i zobaczył br. Gwalę czytającego Biblię, zapytał więc z ciekawości: „Bracie, ile razy przeczytałeś całe Pismo Święte?”. „Oj tam, niewiele, może ze cztery razy” – padła odpowiedź. Opiekun wspomina jednak, że brat ciągle je czytał, może po prostu lektury wyrywkowej nie wliczał do przeczytania całości. O żywej więzi br. Torbińskiego ze słowem Bożym wspomina też o. Jacek Dudka, który pomagał bratu w latach dziewięćdziesiątych, choć nie podaje szczegółów.

Najważniejsze jednak, że ślady tej żywej relacji z Biblią, uznawania jej autorytetu i szukania w niej oparcia można znaleźć w korespondencji. Brat, chcąc uzasadnić swoje twierdzenia, sięga po tekst Pisma Świętego25: przywołuje św. Pawła, ale też ewangelistów. Odpowiadając na wieści o poważnej chorobie Stanisławy, sięga po Księgę Hioba i od cytatu z niej zaczyna list26. Widać, że chce pocieszyć, ale bez tracenia kontaktu z trudną rzeczywistością. Jednocześnie przemyca delikatnie, za co adresaci mogą być wdzięczni, choć sam powoli zbliża się do jednego z większych kryzysów zdrowotnych i, cóż, pisze to w listopadzie, zdecydowanie nieulubionej porze roku. Może wspomniana księga akurat mu wtedy towarzyszyła i w niej znajdował pocieszenie.

Z cytatem z Pisma Świętego, a dokładnie Ewangelii Janowej, wiąże się też zabawna sytuacja. Odbywały się doroczne rekolekcje konwentu i wszyscy dominikanie byli zgromadzeni w chórku. Rekolekcjonista skończył mówić i wyszedł, a rekolektanci zostali w ciszy w ławkach. Po chwili podniósł się Gwala i stwierdził donośnie: „Jeden po drugim zaczęli wychodzić, począwszy od najstarszych” (por. J 8,9), po czym poczłapał do wyjścia27.

Modlitwa za zmarłych

Zachowały się informacje, że brat wspierał materialnie potrzebujących: rodzinę i swoich znajomych, ale też inne osoby28, być może poznane podczas jego zastępstw na furcie. Moim zdaniem jednak w jego życiu posługa miłosierdzia realizowała się przede wszystkim przez dar rady i modlitwę, głównie za dusze czyśćcowe.

Regularnie zamawiał msze za zmarłych ze swojej rodziny bliższej i dalszej, modlił się za zmarłych dominikanów, ale najwyraźniej jego zaangażowanie w ten temat widać w katechezach na temat dusz w czyśćcu i potrzeby modlitwy za nie. Umieszczał je w listach pisanych pod koniec października lub w listopadzie. Zawsze wtedy powierzał w zakończeniu adresatów wstawiennictwu „świętych dusz czyśćcowych”. Da się wyczuć z tych fragmentów, że dobrze przemyślał nauczanie Kościoła w tej kwestii i głęboko je zinternalizował.

Istotne jest dla niego to, że razem z duszami w czyśćcu należymy do tej samej wspólnoty świętych (brat przywołuje nawet łacińskie określenie communio sanctorum)29 i że możemy pomóc im spłacać „zadłużenia zaciągnięte przez swoje grzechy i ludzkie słabości”30. Dzięki temu zyskujemy ich wdzięczność i coś jeszcze: „pamiętajmy, że i my niezadługo dołączymy do ich grona i będziemy potrzebować pomocy, a Bóg na pewno w pierwszym rzędzie da ją tym, którzy pomagali innym, bo sam to obiecał, że błogosławieni miłosierni, gdyż i oni dostąpią miłosierdzia”31. Zaleca pamięć o tym, że wśród nich są też nasi zmarli bliscy, „nie bójmy się ich wspominać, a te wspomnienia niech nas nie napełniają zbytnim smutkiem, ale raczej świętą radością, boć dusze czyśćcowe to dusze zbawione, a jeśli zbawione, to i święte”32, a w innym liście: „dusze czyśćcowe to nie straszydła, ale to duchy święte, umiłowane dzieci Boże”33.

Modlitwa ogólnie była też postawą, z którą brata wyraźnie kojarzono. „Taki obraz: [brat] krąży w kółko, parkiet chórkowy trzeszczy, Gwala odmawia po łacinie Credo, różaniec. Ale takie i inne obrazki znajdziesz we wspomnieniach u każdego ze starej gwardii” – wspomina o. Michał Zioło34. Z kolei o. Marek Grubka zapamiętał następującą sytuację: miały miejsce ważne rozgrywki sportowe, być może grały Orły Górskiego. Dominikanie uznali to za tak istotne, że przesunięto w klasztorze nieszpory, by wszyscy mogli oglądać transmisję w telewizji. Ojciec wyszedł na chwilę z salki rekreacyjnej i na korytarzu natknął się na brata idącego i odmawiającego różaniec. Zdziwiony zapytał: „A brat tu się tak modli?”, na co zagadnięty odparł z prostotą: „Ktoś musi”35.

Ofiara i wdzięczność

Jeden z chłopców z zaprzyjaźnionej rodziny brata, Ryszard, wstąpił do kanoników regularnych laterańskich. Kiedy pojawił się u dominikanów po raz pierwszy w sutannie36 (wcześniej angażował się w duszpasterstwo akademickie i bywał tam, ale w stroju świeckim, oczywiście), br. Gwala delikatnie pokierował ich rozmowę na tory duchowe. Padła wtedy z jego ust zaskakująca uwaga: „Nie proś nigdy Boga o cierpienie, bo On ci je da, ale ty go nie uniesiesz”37. Zarówno ks. Siuta, jak i jego bliscy z perspektywy czasu uważają, że w radzie tej odbiło się osobiste doświadczenie brata, a dokładnie to, że pomodlił się on o cierpienie i rzeczywiście od późnych lat siedemdziesiątych ono mu nieustannie, w mniejszym lub większym stopniu, towarzyszyło.

On jednak potrafił je z wielkim wdziękiem nieść. „Taki był br. Gwala – dużo potrafił w sobie udźwignąć tego bólu i cierpienia, a jednocześnie wstać i pójść” – tak br. Serwa podsumowuje historię o tym, jak pewnego dnia jego podopieczny zniknął. Wcześniej przez wiele dni był tak osłabiony, że spędzał cały czas w łóżku, kiedy więc jego opiekun przyszedł do celi i zobaczył je puste, zaczął szukać chorego, coraz bardziej intensywnie i z większą obawą, po całym klasztorze. Poszukiwania nie przynosiły efektu, niepokój więc rósł, dopóki br. Karol nie zobaczył, przy którymś z kolei zajrzeniu do celi, na biurku poszukiwanego karteczki z informacją: „Bolał mnie ząb, poszedłem do dentysty”. Opowieść krótka, ale dobrze oddaje siłę wewnętrzną br. Gwali i jego zdolność do przekraczania własnej choroby, przy jednoczesnym staraniu o to, by nikogo „swoją słabością nie gnieść”38.

Tej ostatniej frazie idealnie odpowiada wspomnienie o. Cypriana Klahsa z sierpnia 1994 roku: „Któregoś dnia prowadziłem brata Gwalę. Wspierał się o moją rękę, ciągnąc za sobą mało władne nogi. Pomyślałem, albo raczej odczułem, że on przecież prawie nic nie waży. Jest już wolny od ciała, choć ono wciąż mu dolega. On mógłby już polecieć”39.

Jednocześnie potrafił przyjmować opiekę innych, mimo że było to dla niego trudne, jak chociażby to, że jego bratanica posprzątała mu w celi. Prosił też o wizyty, przywożenie różnych rzeczy, głównie miodu, cieszyło go to, że „kochani Bracia i Ojcowie”40 troszczą się o jego gości oraz sprawują mszę w jego celi41.

Kiedy leżał w szpitalu, z wielką radością przyjmował odwiedziny, czemu daje wyraz w listach42. Ta radość przebijała też w jego postawie: „Najbardziej wzruszająca była wizyta w szpitalu, Gwala był tak dobry i tak serdeczny, że z Maćkiem43 po wyjściu od niego zaczęliśmy być dobrzy i serdeczni. Nie trwało to długo, ale zawsze”44.

W listach do rodziny znajdziemy wiele opisów stanu zdrowia brata, jednak ich cechą charakterystyczną jest to, że są w doskonałej większości krótkie, zawsze autor pamięta też o innych oraz, co najbardziej ujmujące, często pojawia się fraza „inni mają gorzej” i dziękczynienie za wszystko, co dobre. Mimo nieustannie towarzyszących mu przez dziesiątki lat i okresowo się nasilających bólu i anemii, z którymi wiążą się też objawy depresji i ogólnie psychicznego wyczerpania, chory dziękuje za życie: „Myśli się czasem, czy i mój koniec się nie zbliża, boć przecież i lata podeszłe, i zdrowie rozlazłe mogą być przyczyną; ufność nasza w Miłosierdziu Bożym, a za dar życia i wszystkie dobrodziejstwa Boże niech będą dzięki Bogu i uwielbienie Jego chwały i Jego miłosiernej opatrzności nad całym stworzeniem i światem, a z nim i nad nami”45.

O tym, jak uderzająca była postawa wdzięczności nieustannie przejawiana przez br. Gwalę, mówią wszyscy, którzy go bliżej znali. Począwszy od rodziny (zresztą słowo „dziękuję” i pokrewne są jednymi z najczęściej się pojawiających w korespondencji), po opiekujących się nim współbraci, którzy towarzyszyli mu przecież w chwilach największych kryzysów46. Poruszającą historię opowiedział o. Jacek Dudka. Kiedy wyjeżdżał z Krakowa w 1994 roku, po otrzymaniu asygnaty na Służew, poszedł pożegnać się z bratem. W rodzinie ojca był zwyczaj, że osoby szanowane całowano w rękę – czy to na znak wdzięczności, czy przeprosin – więc chciał ucałować także dłoń swojego podopiecznego, którego świadectwu wiele zawdzięczał. Nie zdążył, bo ten pierwszy porwał jego rękę i ucałował47. Jak widać, często padający z ust br. Gwali zwrot: „Rączki całuję” nie był tylko frazesem.

Rady ewangeliczne

Dominikanie ślubują posłuszeństwo prawnie ustanowionym przełożonym oraz regule i konstytucjom braci kaznodziejów, w których to dokumentach, rzecz jasna, zapisane jest zachowywanie także pozostałych rad ewangelicznych. Postawa posłuszeństwa była też jedną z tych, na które kładziono szczególny nacisk przy formowaniu braci konwersów, i trzeba przyznać, że w przypadku br. Gwali trafiła ona na podatny grunt.

Brat umiejętność przyjmowania woli innych wyniósł już z surowego rodzinnego wychowania, które wykształciło w nim także postawę olbrzymiego szacunku dla kapłanów. To mogło zaowocować wręcz niezdrowym podejściem, mianowicie przerzuceniem na przełożonych odpowiedzialności za wszystkie swoje wybory i decyzje, dlatego badając biografię brata, szukałam raczej śladów tego, że był samodzielny – dowodów na posłuszeństwo było aż nadto. Najbardziej poruszającym są chyba próby bycia organistą mimo braku wcześniejszego przeszkolenia i świadomości, że nie daje sobie z tym rady, oraz współpraca w „Róży Duchownej” z br. Józefem Hostyńskim. Brat Gwala znosił ją na tyle źle, że kiedy redakcja wyprowadzała się z Lublina na Służew, uprosił (takie mam wrażenie), by jego przeniesiono do Krakowa. Co prawda był tam tylko kilka miesięcy, ale pokazują one, moim zdaniem, że potrafił upomnieć się o swoje dobro.

Sporo wskazówek, że brat był samodzielny i brał odpowiedzialność za swoje życie, pochodzi z okresu, kiedy był pomocnikiem bibliotekarza w Krakowie. Pracując w wypożyczalni, musiał mieć zdolność postawienia na swoim, jeśli chodzi o zwroty woluminów. Ojciec Mirosław Pilśniak wspomina, że brat był bardzo kulturalny w tych staraniach, a jednocześnie wszyscy wiedzieli, że nie odpuści i książki trzeba będzie zwrócić48.

Najwyraźniej jednak widać jego trzeźwość osądu i samodzielność decydowania w historii o tym, jak próbowano go wciągnąć w wewnętrzne rozgrywki polityczne. Było to już w ostatnich latach życia, kiedy był uznanym autorytetem w klasztorze. Wiedząc, że jego głos może mieć wpływ na decyzje innych, a nie chcąc wzmacniać obecnego podziału, odmówił, mimo nacisków, głosowania tak, jak domagała się tego najsilniejsza „frakcja”49. Nie zagłosował także zgodnie z oczekiwaniami drugiej grupy – wymówił się stanem swojego zdrowia.

Jednocześnie był człowiekiem, który świetnie rozumiał pojęcie i wartość dobra wspólnego i z tego także, jak się wydaje, wyprowadzał swoją postawę posłuszeństwa. Czytelnym tego obrazem jest uzasadnienie zgody na to, by wyjechać na urlop w innym terminie niż dla brata dogodny: „jeśli takie jest zapotrzebowanie, to niech będzie tak, jak wymagają potrzeby całej wspólnoty”50. To wskazuje, że posłuszeństwo br. Gwali było głęboko powiązane z postawą sługi, z którą się całkowicie utożsamił.

Podpisuje się tym mianem we wszystkich swoich listach z ostatniej dekady życia, a więc czasu, kiedy sam potrzebował obsługi, jakby w ten sposób podkreślał, że wciąż pamięta o tej swojej roli. W zakończeniu jednej ze świątecznych kartek do rodziny podaje też piękne uzasadnienie: „wasz stary niezgrabias[z] i niedołęga, przyjaciel i sługa, by na wzór Chrystusa starał się służyć innym i nie oczekiwał, by mu służono, z serdecznym pozdrowieniem. Br. Gwala”51. Jedną z największych jego radości było bycie pożytecznym braciom i kiedy nie mógł już pracować w bibliotece, wyszukiwał sobie takie zajęcia jak słynne „gwalenie”52 makulatury lub pomoc w liczeniu bilonu i zawijaniu go w dane przez bank banderole (zakrystianie wspominali, że dokładność, z jaką to robił, budziła podziw urzędników w banku, do którego zanosili bilon, by wymienić go na większe nominały)53. Brat Andrzej Pastuła, który zajmował się br. Gwalą w ostatnich latach życia, mówił wielokrotnie, że jego podopieczny był ideałem sługi i, tak przypuszczam, przez to świadectwem dla jego opiekuna. Zawsze stawał na drugim planie, małomówny, ale z dużym wyczuciem i empatią obserwujący swoje otoczenie, nieustannie gotowy, by pomagać lub wspierać na miarę swoich możliwości.

Kiedy spotykał się z niezasłużoną przykrością, zamykał się w sobie, a dokładniej w celi, czasem na kilka dni. Ojciec Zdziarstek wspomina, że na początku był tym zszokowany, ale poprzedni bibliotekarz, o. Paweł Kielar, powiedział mu, że właśnie w taki sposób brat radził sobie z bólem. Moim zdaniem wybrał taką formę, bo nie chciał przerzucać swojego gniewu na innych. Kiedy pozbierał się już po takim doświadczeniu, wychodził ze swojej dobrowolnej „ekskomuniki” i wracał do funkcjonowania we wspólnocie54. Z czasem przestał reagować w ten sposób, taki wniosek przynajmniej wysnuwam z tego, że nikt z dominikanów pamiętających go z końcówki lat siedemdziesiątych i późniejszych nie wspominał o takim zachowaniu.

Jego miłość do wspólnoty wyrażała się też w tym, że był człowiekiem wprowadzającym pokój i rozładowującym trudne sytuacje. Przytoczę tu dwie sytuacje, które dobrze to obrazują.

W latach osiemdziesiątych bratanek br. Gwali toczył spór o miedzę z sąsiadem55. W liście pisanym po wakacyjnym pobycie w rodzinnych stronach zakonnik pisze: „Odnośnie sprawy Adolka, to też bym był za tym, by się wreszcie skończyła, bo o ten skrawek nie warto się procesować, a pieniaczyć się i gryźć w nieskończoność nie warto, gdyż konieczniejsze sprawy czekają na uskutecznienie”56. Słuszność tej uwagi pokazał czas – proces trwał dekadę i ostatecznie sprawa nie przyniosła korzyści żadnej ze stron; nie zostało nic, „oprócz niepotrzebnych kosztów sądowych i wzajemnej niechęci”57.

Ołtarz Matki Bożej Różańcowej w Tarnopolu (przed 1939 r.)

fot. APPD, spuścizna br. Gwali Torbińskiego

Druga opowieść pochodzi z lat dziewięćdziesiątych i dotyczy krakowskiej wspólnoty. Pewnego dnia przypadały imieniny ojca, który niedawno został asygnowany do tego konwentu. Miał zwyczaj je świętować w wybrany przez siebie dzień, a nie ten, w który one wypadały w kalendarzu, więc przeor zorientował się w sytuacji w ostatnim momencie. To sprawiło, że nie udało się dopiąć wszystkich szczegółów, które zwykle towarzyszyły takiemu wydarzeniu. Po imieninowej mszy konwenckiej i obiedzie w salce rekreacyjnej przełożony złożył życzenia solenizantowi, zanim jednak zebrani zdołali wziąć oddech, by zaśpiewać Plurimos annos, ojciec ten wygłosił całą listę zażaleń: „Dobrze, że ojciec wspomniał w życzeniach o wrażliwości, bo zdecydowanie jej wam zabrakło. Na mszy z dwudziestu ojców było tylko czterech, na obiedzie nie było obrusu na stole”. I tak ciągnął wymienianie win, których się wobec niego dopuszczono, a zamknął wypowiedź stwierdzeniem: „i ja bym sobie życzył, żeby już nigdy nie mieć takich imienin”. Kiedy skończył, zapadła martwa cisza, bo zgromadzeni nie bardzo wiedzieli, co mają zrobić na takie dictum. I wtedy do solenizanta podszedł z szerokim uśmiechem br. Gwala i powiedział: „No to wszystkiego najlepszego!”, po czym go uścisnął. To rozładowało ładunek zgromadzony w atmosferze, zabrzmiało Plurimos annos i spotkanie potoczyło się zwyczajnym torem58.

Przechodząc do następnej rady ewangelicznej, trzeba podkreślić, że brat wywodził się z ubogiego regionu, a człowiek wychowany w takich warunkach może mieć tendencję do przesadnego lęku o stan posiadania, chomikowania wszelakich dóbr i szukania w nich poczucia stabilności. Brat Gwala zaakceptował w pełni zakonne ubóstwo, co więcej – wykazywał się sporym dystansem do tego, co posiada i w jakim stanie. Zawsze był schludny, nawet kiedy kondycja zdrowotna utrudniała mu znacznie samoobsługę, dbał o to, by w jego celi był porządek, a on sam był czysty59. Jednak jeśli chodzi już o markę czy wiek ubrań, nie miało to dla niego znaczenia. Zdarzało się, że chodził w dwóch różnych skarpetkach, bo uważał za marnotrawstwo wyrzucanie całej pary, skoro zniszczona była tylko jedna ze „składowych”. Zachowało się też jego zdjęcie z jednej z tatrzańskich wypraw, z lat sześćdziesiątych, na którym ma na sobie garnitur wskazujący swoim krojem na pochodzenie z poprzedniej dekady60.

Nieco zabawna jest historia, jak kiedyś niechcący wzbudził zazdrość swoim ubraniem. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku panowała moda na noszenie dżinsów i za firmowe wranglery lub levisy wielu dałoby prawie wszystko, szczególnie że nosili je tylko mający rodzinę za granicą lub najbogatsi, jeśli w ogóle byli w stanie je dostać. Dominikanie zaś byli jednym z punktów, do którego docierały dary z Zachodu, więc korzystali z nich też ojcowie i bracia. To tło jest konieczne do zrozumienia opowieści, jak to pewnego dnia o. Mirosław Pilśniak zobaczył brata idącego klasztornym korytarzem w świetnie skrojonych levisach. Zaskoczony widokiem, skomentował: „Ale brat ma świetne spodnie!”, na co zagadnięty z prostotą odparł: „Tak, taki dziad jak ja zawsze sobie coś w śmieciach znajdzie”, co pokazuje, jak doskonale był nieświadomy, że ma na sobie strój będący szczytem marzeń pozostałych61. Zresztą wybrał je zapewne dlatego, że pasowały na niego i wyglądały na wytrzymałe, co swoją drogą bardzo dobrze świadczy o jego kryteriach wyboru. Ojciec Mirosław podsumował całą opowieść pełnym zadziwienia stwierdzeniem: „On nawet nie wiedział, jaki jest fajny!”.

Otrzymane od rodziny listy przesyłał dalej, między innymi po to, żeby uniknąć gromadzenia papierów w celi. Rozdawał także to, co nie było mu potrzebne, a brakowane w bibliotece książki wysyłał do Konstantowa i Janowa. Ze zbieranej makulatury wybierał wszystko, co mogło się przydać, szczególnie kartki pocztowe, które potem ponownie wykorzystywał do wysyłania własnych życzeń lub, jeśli to były widokówki, przekazywał osobom, które je kolekcjonowały. Ojciec Zioło zapamiętał brata z wiadrem wody, w której odmakały z kopert znaczki62 – je także przekazywał dalej. Jego spuścizna jest bardzo niewielka, zmieściła się zaledwie w dwóch pudłach, a i tak większość to zdjęcia, które opisywał na prośbę archiwisty. W Gwalowej celi nie było kosztownych mebli – wystarczały mu ogrodowe krzesła. Ograniczał się do tego, co konieczne, a jeśli na czymś można było w jakiś sposób zyskać, jak choćby na surowcach wtórnych, chętnie zajmował się ich gromadzeniem i sprzedażą, a zysków nigdy nie zatrzymywał dla siebie. Nie dziwi więc opinia o. Jacka Dudki, że ubóstwo br. Gwali było ewidentne, choć nie była to nędza czy zaniedbanie63.

W raporcie z ankiety z 1969 roku64 możemy przeczytać: „Wyrazem ubóstwa powinna być praca – dla darmozjadów i leniów nie ma miejsca”65. Brat Gwala słynął ze swojej cichej, ale konsekwentnej pracowitości. Do ostatnich miesięcy życia starał się choć w najmniejszy sposób przysłużyć materialnie wspólnocie, czy to przez sprzedaż makulatury, czy przez prace w bibliotece lub zakrystii. Ojciec Pilśniak zapamiętał, że każdą opowieść o przeszłości brat kończył charakterystycznym powiedzeniem: „No i na coś się przydałem!”.

Najmniej wiadomo o tym, jak Gwala szedł za radą czystości. Jedynie w rodzinnych wspomnieniach zachowały się opowieści, że rzucało się w oczy to, iż unika towarzystwa kobiet, nawet z własnej rodziny. Jeśli potrzebował jakiejś posługi wokół siebie, na przykład umycia pleców, prosił o to któregoś z panów lub chłopców. Kiedy był już w podeszłym wieku i bratanica, pani Stanisława, umyła mu kiedyś nogi, widać było, że jest to dla niego krępujące i nie tylko dlatego, że ktoś mu posługuje, ale że robi to kobieta66.

Była jednak sytuacja, kiedy brat wziął dziewczynę na ręce. Otóż pewnego dnia synowa jego brata Wojciecha, Leokadia, była czymś zajęta w kuchni i nie mogła zająć się swoją malutką córeczką, Marysią, która właśnie zaczęła płakać. Po chwili jednak płacz przycichł. Okazało się, że to Gwala podniósł niemowlę i zaczął kołysać, chcąc mu ulżyć, zanim przyjdzie mama67.

Samokształcenie

Ostatnią wreszcie cechą brata, głęboko zresztą zgodną z charyzmatem dominikańskim, było jego nieustanne studium. Gdyby nie to, że wiem o poziomie jego wykształcenia z innych źródeł, w życiu bym nie przypuszczała na podstawie listów, że pisał je człowiek, który ukończył zaledwie cztery klasy szkoły powszechnej. Jego polszczyzna zawiera wiele naleciałości dialektowych, zresztą może stosował je, bo pisał w rodzinne strony, gdzie te naleciałości były w użyciu. Jednocześnie używa wielu neologizmów, podejrzewam, że część z nich jest jego autorstwa. Bawi się słowem – swoje osłabienie chorobą powodujące chęć ciągłego odpoczywania opisuje frazą: „ciągnie tylko łóżko i leżajsko”68, odpisywanie na listy określa słowem „szrajbnąć”69, nawiązującym do niemieckiego schreiben – pisać, wiadomości kwituje jako „interesne”70, co z kolei wskazuje na zaczerpnięcie z języka rosyjskiego. W listach pojawiają się wtręty po łacinie71 i francusku, także wzmianka, że tłumaczył dla rodziny kartkę napisaną w tym ostatnim języku72.

Sam nauczył się języka łacińskiego, „na potrzeby biblioteki”73, oraz francuskiego przed wyjazdem do brata. Znał też, przynajmniej biernie, niemiecki i prawdopodobnie rosyjski. Z pewnością z dużą pomocą przychodziła tu jego świetna pamięć i słuch muzyczny, pozwalający uchwycić melodię mowy. Z czasów pracy w lwowskim wydawnictwie znał też pojedyncze terminy greckie i hebrajskie.

Wspomina o lekturze czasopism, do końca życia stara się trzymać rękę na pulsie, jeśli chodzi o przemiany w Kościele, nawiązuje też do literatury – pisząc o tym, że nigdy nie udało mu się dotrzeć do Jastrzębiej Góry, wspomina, że tam Stefan Żeromski pisał Popioły74. Musiał dużo czytać, ponadto katalogowanie książek, w tym nowych nabytków biblioteki, dawało mu dostęp do najnowszej literatury, którego najwyraźniej nie zawahał się wykorzystać. To wszystko wskazuje na żywy głód wiedzy i nieustanną pracę nad jego zaspokajaniem.

Tym, co zgromadził, dzielił się chętnie, choć nie nachalnie. Kilka zachowanych minikatechez jego pióra wskazuje na rzetelną wiedzę katechizmową i jej umiejętne przekazywanie. Ciekawe jest to, że dla niego wyznacznikiem hierarchii jest nie tyle urodzenie czy status materialny, ile poziom wykształcenia. Taki wniosek można wysnuć z tego, jak charakteryzuje o. Jacka Woronieckiego – że ktoś tak wykształcony nie miał problemu, by rozmawiać z prostym aspirantem na brata konwersa75. Nie wspomina o jego książęcym pochodzeniu czy oficjum w zakonie, ale właśnie o poziomie edukacji.

Korzystający z jego pracy w bibliotece bracia i ojcowie doceniali także profesjonalizm br. Gwali. Potrafił wskazać tytuł książki scharakteryzowanej pobieżnie przez danego brata, kojarzył też autorów publikacji, których podawano mu tylko tytuły. Ojciec Dariusz Kantypowicz wspomina swoje odczucie: „To nie jest tak, że on jest bibliotekarzem, bo nikogo nie było na jego miejsce, tylko ma wiedzę”76. Ten sam zakonnik opisuje sposób bycia brata, używając ciekawej metafory, moim zdaniem rzeczywiście dobrze oddającej specyfikę posługi i sposobu bycia opisywanego. Porównuje go do sędziego na meczu piłkarskim, bo najlepszy to taki, którego się nie zauważa, bo robi swoje, a nie wzbudza kontrowersji: „Gwala był kimś takim. Robił świetnie swoje, był świetnym bibliotekarzem, rozmodlonym [zakonnikiem], chodzącym z różańcem, [ale] nie narzucał się z tym”. Jego postać, świadectwo i zachowanie „to była część gry, która się nazywa »konwent krakowski«”77.

Z jego rewelacyjnej pamięci często korzystali dominikańscy historycy i archiwiści. W kronikach i innych dokumentach zdarzają się dopiski na marginesach lub w treści, że br. Gwala daną datę lub wydarzenie relacjonuje inaczej78. Pozostając bratem zakonnym i to takim, który nie walczył o wyższą pozycję ani nie próbował jej udowadniać79, pod koniec życia stał się żywym autorytetem dla całej wspólnoty. Ciekawe jest to, że kiedy zadawałam pytanie, na czym polegała świętość br. Gwali i skąd brało się przekonanie o niej, zapytywani zwykle na chwilę milkli. Nie dziwię się – nie było tu żadnych nadzwyczajnych fenomenów80, jedynie wielka prostota i zwyczajność, jednak nie mogli zaprzeczyć, że był wśród nich prorok.

Zresztą wysoki ton mówienia o nim br. Gwala sam rozbijał, na przykład swoimi powiedzonkami. Kiedy „gwalił” makulaturę na dziedzińcu klasztoru, z pomieszczeń Beczki i okien na piętrze można było wyraźnie usłyszeć, jak recytowany po łacinie różaniec przerywają zdecydowanie mniej pobożne frazy. Za ich pomocą karcił samego siebie za niezgrabność i wyrzucał z siebie irytację, jednak całość ostatecznie była bardziej komiczna niż groźna: „Ave Maria, gratia plena, no właź, ty d… Dominus tecum”; „Oj, niezgrabne paluchy!”.

Podobnie bywało w bibliotece. Ojciec Michał Zioło wspomina, że kiedy Gwala nie mógł znaleźć danej książki, „potrafił powiedzieć »gówno« (…), ale było to tak powiedziane, hmm, jakby mówił o pomarańczach”81. Ojciec Krupa z kolei zapamiętał, że kiedy pewnego dnia szli przez biblioteczny labirynt, bratu zabrakło sił, więc oparł się o regały i zamruczał do siebie: „No rusz się, stara d…”, po czym zebrał w sobie i poszedł dalej82. Zresztą słowo na „d” pojawiło się i w innym dialogu – jeden z braci nieczytelnie wypełnił rewers, co dla brata oznaczałoby dodatkową pracę związaną z ponownym człapaniem do magazynu, ponadto br. Gwala bardzo dbał o czytelne wypisywanie zamówień. Temu akurat bratu zwrócił dość dosadnie uwagę: „Igrekowski, ty d…, popraw ten rewers”, po czym zreflektował się i w przepraszającym tonie dodał: „Niech się brat nie gniewa, ja też jestem d…”. W tej historii zachwyca mnie to, że bibliotekarz pozostał wierny prawdzie, bo nie umniejszył błędu młodego dominikanina, ale jednocześnie pokazał, że rozumie słabość i jego uwaga nie wynika z poczucia wyższości.

„Można być świętym w zakonie”

Myślę, że jedna z najlepszych charakterystyk br. Gwali z ostatnich lat jego życia wyszła spod pióra Tomasza Kwietnia: „Kiedy pierwszy raz przyjechałem do klasztoru w Krakowie, spotkałem na korytarzu starszego człowieka, którego potem może ze dwa razy w życiu widziałem w habicie. Wtedy nawet nie pomyślałem, że to może być dominikanin. Zawsze chodził w byle jakim świeckim ubraniu. Był zgięty wpół jak scyzoryk, z upływem lat coraz bardziej. Najpierw zrobił kiepskie wrażenie, a teraz mam jego fotografię na biurku. Brat Gwala. Kilkanaście lat mieszkałem z nim w klasztorze i nie słyszałem, żeby mówił źle o kimkolwiek. Kiedy był już tak chory, że musieliśmy czuwać przy nim w nocy, jego główną troską była nie tyle jego własna choroba, ale to, że my nie śpimy z jego powodu. Pamiętam, jak mówił: »Niech sobie ojciec wygodnie usiądzie, podłoży poduszkę pod głowę, może się ojciec zdrzemnie, ja się lepiej czuję«. To był ktoś ważny dla naszego domu. Promieniował. Jego oczy były pełne pokoju, zawsze miał dobre słowo dla ludzi. Był pełen autoironii i ciepłego poczucia humoru”83.

Uzupełnia to dobrze o. Andrzej Kamiński: „Patrząc na [br.] Jakuba Papierza i br. Gwalę, widziałem ludzi, którzy – tak sobie to nazwałem – całkowicie się oddali Bogu w zakonie. To było dla mnie takie mocne zderzenie, stwierdzenie: »Można być świętym w zakonie«84. (…) To doświadczenie zostało do dziś, tego radykalizmu życia (…) i nie tylko, że nie zostawili [nic] dla siebie, ale oni byli zadowoleni, szczęśliwi (…) radykalizm nie spowodował, że (…) byli smutni, tylko właśnie na odwrót. Obydwaj mieli jakąś energię życia, coś takiego, co przyciągało człowieka i pokazywało, że można być świętym”85.

Z kolei o. Michał Zioło pisał: „Myśmy go wszyscy kochali bardzo, ale to był taki człowiek wolny, niezabiegający o miłość, piękny”86, a o. Cyprian Klahs zapisał w latach dziewięćdziesiątych: „Czasami widzę go w kaplicy pogrążonego w modlitwie. Wszyscy chyba myślimy o nim podobnie – że jest niezwykle pogodnym i świętym człowiekiem”, co w 2019 roku uzupełnił komentarzem: „Papież gdzieś tam napisał87, że [w starszym wieku] przez coraz cieńszą zasłonę ciała prześwieca Boże światło, albo coś podobnego. No więc z Gwalą właśnie tak było”88.

Z kolei we wspomnieniu brata w biuletynie prowincji zapisano: „Nieustannie modlący się, zawsze wrażliwy na potrzeby braci i gotowy do pomocy – dla wielu był i pozostanie wzorem życia dominikańskiego całkowicie oddanego Bogu i ludziom (…) przez przykład swego życia był dla współbraci prawdziwym i doskonałym bratem kaznodzieją. (…) Wśród zebranych [na pogrzebie] braci można było usłyszeć opinię, iż teraz br. Gwala – będąc w gronie świętych i błogosławionych – przez swoje wstawiennictwo jeszcze mocniej będzie wspierał naszą Prowincję”89.

Wszystkie te świadectwa wyjaśniają, dlaczego podejmowano potem we wspólnocie próby zachowania pamięci o bracie (wtedy jeszcze brat Tomasz Zamorski wyreżyserował monodram, wystawiany przez braci studentów, nowicjusze przygotowywali wystąpienia na temat brata90), zaś niektórzy bracia i ojcowie umieszczali jego zdjęcie na swoich biurkach lub na tablicach nad nimi, na których wieszają też podobizny innych ważnych dla siebie ludzi, w tym świętych. Brat Karol Serwa polecił nawet, by jego znajoma portrecistka91 namalowała na podstawie zdjęcia portret br. Gwali, koniecznie ze śladami upływu czasu, bez upiększeń. Malarka spełniła życzenie zleceniodawcy, ale dodała coś od siebie – aureolę92. Wpisuje się to, według mnie, w prawidłowość, która polega na tym, że większość mówiących o bracie używała do opisania jego postawy czasownika „promieniować”. W tym kontekście nie dziwi odpowiedź o. Andrzeja Kamińskiego na moje pytanie o fenomeny nadzwyczajne: „To, co było najbardziej nadzwyczajne, było w nim”93. Skąd więc wywodził się i jak żył brat, który pod koniec życia stał się jednym z duchowych filarów krakowskiego konwentu?

Spis treści

Przedmowa. Gwala, czyli sakrament codzienności

Wprowadzenie

Wykaz skrótów

Prolog

Rozdział pierwszy. Sługa

O Autorce

Przypisy

O Autorce

Elżbieta Wiater (ur. 1976) – doktor teologii, historyk i dziennikarka. Pasjonuje ją postać św. Jacka Odrowąża i historia Braci Kaznodziejów. Nakładem Wydawnictwa W drodze ukazały się książki jej autorstwa: Wypisz wymaluj, Skarbczyk Matki Boskiej Gidelskiej, Krakowska Królowa Różańca. Mieszka w Krakowie.

Przypisy

Wprowadzenie

    1 Jeśli chodzi o historię dominikańskich braci zakonnych, posiłkuję się głównie opracowaniem: A. Thompson, Dominican Brothers. Conversi, Lay, and Cooperator Friars, Chicago 2017, za którego wskazanie dziękuję o. Tomaszowi Gałuszce OP. O ile nie zaznaczyłam inaczej, dane podaję właśnie za o. Thompsonem. Do niego też odsyłam po więcej szczegółów o historii tego stanu w obrębie zakonu.

    2 Zob. A. Bojęś-Białasik, D. Niemiec, Kościół i klasztor Dominikanów w Krakowie w świetle badań archeologiczno-architektonicznych w latach 2010 – 2012, w: Sztuka w kręgu krakowskich dominikanów, red. A. Markiewicz, M. Szyma, M. Walczak, Kraków 2013 (Studia i źródła Dominikańskiego Instytutu Historycznego w Krakowie, 13), s. 302–303.

    3 Zob. np. listy o. M. Łanochy, przeora klasztoru w Tarnopolu, z przełomu lat 1937 i 1938 (Korespondencja przełożonych klasztoru z  prowincjałem, APPD, Tp 471), w których domaga się asygnowania jeszcze jednego brata do klasztoru, bo nie stać domu na zatrudnienie świeckich.

Rozdział pierwszy

    1 Wywiad z br. Karolem Serwą, nagranie w aaut. Podobnie o korespondencji brata wypowiadał się mąż jego bratanicy, Jan Świś.

    2 Zob. np. Listy (26.09.1976), s. 1.

    3 Tamże.

    4 Zob. np. Catalogus (1935), s. 18–19 – przy imionach zakonnych braci pojawia się skrót „M.”.

    5 Zob. Listy (10.01.1997), s. 2.

    6 „Tak zwana mądrość starcza wyraża się brakiem właściwej ruchliwości umysłowej, co prowadzi do skostnienia poglądów. Człowiek stary ufa swoim dawnym autorytetom i swoim poglądom ukształtowanym przed laty, »nowinki« go nie pociągają. (…) Rzadko jednak kształtują się nowe cechy osobowości, raczej ulegają nasileniu, ujmując ogólnie, niektóre cechy występujące od dawna, tyle że dotychczas w sposób umiarkowany”; redakcja portalu Neurologia Praktyczna, Starzenie się i starość, neurologia-praktyczna.pl/a3771/Starzenie-sie-i-starosc.html (dostęp: 12.01.2022).

    7 Listy (27.10.1974).

    8 Listy (26.09.1976), s. 2. Katecheza ta wydaje się inspirowana pismami i kazaniami o. Konstantego M. Żukiewicza OP, zob. np. K. Żukiewicz, Cudowny Obraz Matki Bożej Różańcowej w kościele krakowskich dominikanów, Kraków 1921.

    9 Listy (02.10.1977), s. 1–2.

10 Zob. Wywiad z o. Stefanem Norkowskim, nagranie w aaut.

11 Listy (26.09.1976), s. 1.

12 Zob. tamże, s. 2.

13 Zob. Wywiad z Jerzym Siutą, nagranie w aaut.

14 Brak takiego błogosławieństwa jedynie w części kartek z życzeniami oraz pojedynczych listach.

15 Chodzi o Katarzynę Torbę, żonę Wojciecha. Szerzej o rodzinie brata, zob. rozdz. 2 w niniejszej książce.

16 Listy (16.04.1989).

17 Duży wpływ na upowszechnienie jego kultu miał m.in. bł. o. Jan Józef Lataste OP, który ofiarował swoje życie w intencji tego, by św. Józef został ogłoszony patronem Kościoła; w modlitewniku dominikańskim była też umieszczona litania do św. Józefa.

18 Zob. wywiad z br. Karolem Serwą, nagranie w aaut.

19